Wczoraj wyrypa na Błatniej więc dzisiaj plan
był taki: lekko i spokojnie po asfalcie do podnóża Jaworowego. Taka
lajtowa wycieczka turystyczna, czysta rekreacja. Zgodnie z planem
dotarłem do Gutów, spojrzałem na górki i... Nie wytrzymałem,
po prostu musiałem choć troszkę upaplać się w błotku. Ruszyłem w stronę
" Gutskeho Sedla", a potem to już sam nie wiem jak to się stało jak
znalazłem się na Jaworowym. Jak to w górach bywa, widoki cudowne.
Oczywiście było kilka miejsc z buta, dwa razy zbyt stromo a raz zbyt
ślisko, pod samym szczytem szlak był bardzo oblodzony. Cała wyprawa
wyczerpująca ale przyjemna i z satysfakcją ze zdobytego szczytu. Po
powrocie rower odstawiłem do serwisu na przegląd więc chwilowo przerwa w
jeżdżeniu po górach.
Nie mogłem się jakoś wybrać i
wystartowałem z domu dopiero o 9.00 ( dobrą godzinę paradowałem przed lustrem w nowym stroju z bikestas :D ). Dzisiejszy wypad zaplanowałem na
Błatnią z prostego powodu- jeszcze nie byłem tam na rowerze. Podjazd od
strony Górek, nie najłatwiejszy, ale dało się wyjechać, jedynie dwa
podejścia z buta. Na górze widoki zapierają dech w piersi. Po dotarciu
do schroniska banan na twarzy od ucha do ucha i tak już zostało aż do domu- dobrze, że jeszcze nie ma
komarów :) Łącznie prawie 85 km. Warto ruszyć tyłek z domu przy takiej
pogodzie.
Miał być Jaworowy. Na dole wiosna i nic nie wskazywało na to, ze mogą być jakieś kłopoty z podjazdem. Niestety w miarę podjeżdżania do góry wiosna ustępowała miejsca zimie, a na wysokości Małego Jaworowego ilość śniegu nie pozwalała na kontynuację jazdy na szczyt. Z powodu ograniczonego czasu zrezygnowaliśmy z podejścia i zjechaliśmy, wracając przez Trzyniec do domu. mimo wszystko zabawa była przednia :D
Prognoza pogody na dzień dzisiejszy nie
pozwalała na bezczynność, więc nie mieliśmy innego wyjścia jak
wyciągnąć rumaki i wyruszyć w świat. Bez większego planu, jakoś tak
wyszło, że wylądowaliśmy na Czantorii. Do góry znaną z wcześniejszych
wypadów trasą, w dół do Poniwca, potem przez Jelenicę do Cisownicy.
Pogoda jak się okazało faktycznie była boska (poza miejscami silnym
wiatrem ). Jak widać na zdjęciach zjazd był bardzo trudny z powodu lodu.
Na tym lodzie zaliczyliśmy dwie gleby ( na szczęście w miarę bezpieczne
), po jednej na łebka. Krzysiek wyglebił z honorem, bo jechał, ja nie
odważyłem się jechać i... wyglebiłem w trakcie butowania :D Nie były to
jak się okazało ostatnie dachowania w tym dniu. Po powrocie do Cieszyna,
jechaliśmy przez Mała Łąkę i na wysokości Elektrociepłowni na zakręcie,
wydawałoby się suchym i bezpiecznym, przy prędkości ok. 10 km/h każdego
z nas wyprzedziły nasze tylne koła. To była iście synchroniczna gleba
godna łyżwiarstwa figurowego :) Ogólnie, kolejny wspaniały dzień
zapisany w naszym kalendarzu rowerowym. Już dzisiaj wiem, ze to
powtórzymy, bo w takim towarzystwie jeździ się wybitnie.
Ten znak śmieszy mnie za każdym razem jak tylko tam jadę :) Tam nie ma żadnej ostrej trasy!
85 km z czego 40 to ciężka walka z wiatrem, jednak im wyżej tym lepiej,
a jazda po delikatnym, przymrożonym śniegu to megafrajda. Minusem
takich warunków jest fakt, że wystarczyły zaledwie dwie wycieczki (
łącznie ok. 170 km ) i klocki hamulcowe zjechane do grubości żyletek :)