Kupując w zeszłym roku górala nie
wiedziałem czym jest jeżdżenie po górach, jaki to wysiłek i jednocześnie
jaka wspaniała zabawa. Od tamtego czasu troszkę się pozmieniało. Teraz
już wiem, że jak ktoś raz spróbował to już nigdy nie będzie mógł z tego
zrezygnować. Nakręciłem jakieś 4,5 kkm i widziałem już wiele wspaniałych
widoków, przeżyłem wiele wspaniałych wyjazdów ( mam nadzieję, że to
dopiero początki), jednak to co przeżyliśmy na ostatniej wycieczce nie
miało sobie równych. Wybraliśmy się w rejon Małej Fatry na Słowacji. Jak
tylko ruszam na rowerze od razu planuję co Wam napisać. Z reguły jest
tak, że na początku mam zamiar wspomnieć , że tym razem trasa jest
łatwa, przyjemna i mam ochotę polecić ją wszystkim tym, którzy chcieliby
wraz z rodzinami pojeździć w pięknej okolicy, nie mając jednocześnie
siłowników hydraulicznych zamiast nóg. Tym razem zaraz po starcie było
dokładnie tak samo. Łatwo i przyjemnie, piękne widoki i niezbyt
wymagający podjazd. Niestety- a właściwie to na szczęście- już po kilku
kilometrach przekonanie o łatwości trasy pękło jak bańka mydlana. W
miejsce wygodnego szlaku pojawiła się stroma skarpa, po której wyjazd
był niemożliwy, a po kilkuset metrach skarpa zmieniła się we wspinaczkę,
na której nawet prowadzenie roweru było niemożliwe i konieczne było
wnoszenie sprzętu na plecach. Wysiłek już w połowie stoku został
nagrodzony. Dotarliśmy do polany na której.... dwie minuty z zapartym
tchem i w milczeniu (nie licząc westchnień zachwytu) podziwialiśmy wspaniałą panoramę. Mam nadzieję, że uwierzycie jak Wam napiszę , że to
dopiero były początki tak zachwycających panoram, widoków i wszelakich
estetycznych uniesień. W okolicach szczytów roślinność zmieniała się na
typowo wysokogórską. Królowały kosodrzewiny i krzaki borówek, niestety
bez owoców :) Co rusz pojawiały się większe skałki, a na szlakach pełno
było wielkich kamieni oraz korzeni. Było też sporo miejsc, w których
teren opadał pod kątem, który ciężko było pokonać na piechotę o jeździe
rowerem w takich miejscach nikt nawet nie myślał. Po pokonaniu
pierwszego pasma gór, szybki posiłek w przydrożnym barze i asfaltem w
kierunku granicy z Polską. Po drodze wzniesienie opatrzone znakiem
ostrzegawczym "wspinaczka o nachyleniu 12%", co tylko wzbudziło na
naszych twarzach uśmiechy, po pokonaniu poprzedniego odcinka trasy, ten
był tylko "garbem nieznacznie zwalniającym" :D Jadąc tak słowackimi
asfaltami w przekonaniu, że teraz to już tylko kilometry dzielą nas od
domu, nie doceniliśmy naszego przewodnika, który pod pozorem skrótu
wyprowadził nas ponownie w teren górzysty, na szlak coraz ostrzej
wspinający się w górę, i ponownie kilkaset metrów musieliśmy pokonać z
buta. Dotarliśmy w ten sposób na Wielką Raczę, skąd zjechaliśmy
korzystając częściowo z nartostrady. Dalej było jeszcze kilka wspinaczek
i kilka zjazdów, ale w zdecydowanej większości asfaltowych. Do
Jasnowic, gdzie czekał na nas samochód dotarliśmy po 21.00. Łącznie
przejechaliśmy 107 km z przewyższeniem ok. 2700m. Podsumowując: rozkosz
dla oka, przyjemność dla mięśni i... duma dla ojca, którego syn pokonał
wszystko jadąc bez przerwy przodem i motywując pozostałych do większego
wysiłku :)
Miał być wypad popołudniowy, ale w
związku z koniecznością stawienia się wcześnie rano w Cieszynie,
postanowiłem ruszyć w góry zaraz po załatwieniu swoich spraw. Miałem
zamiar odwiedzić Filipkę, ale dokładniejszych planów nie miałem. Z
Cieszyna, kierunek na Leszną, z Lesznej lasem na Budzin, ale tam nie
dojechałem, bo wymyśliłem, że troszkę skrócę drogę. O dziwo udało się
znaleźć przejazd do Nydku nie wjeżdżając na Budzin ( było troszkę na
przełaj, ale całkiem przyjemnie ). Dalej z Nydku na Filipkę- przyjemny i
łatwy podjazd. Wymyśliłem, że z Filipki pojadę na Kiczory, bo strasznie
mi się tamten teren podobał. I znowu było łatwo i przyjemnie... do
czasu. Dojechałem pod Gronicek, i dalej niebieskim szlakiem do
czerwonego na Kiczory. Pierwsze 300 m niebieskiego udało się pokonać w
siodle, ale na kolejnych 400 metrach kontrola trakcji wysiadła :)
Przednie koło pół metra nad drogą, albo tylne koło kręciło się w
miejscu, nachylenie terenu chyba ze 30 % :) To był jedyny odcinek pod
górę pokonany z buta. Dotarłem na Kiczory, strzeliłem kilka fotek i
ruszyłem w stronę przełęczy Kubalonka (uwaga- miejscami trudny zjazd ).
Niestety po drodze zobaczyłem, że budują tam drogę szybkiego ruchu lub
coś w tym stylu ( widać na fotkach) więc zjechałem niebieskim do
Łabajowa. Początkowo chciałem kończyć wycieczkę i wracać przez Wisłę do
domu, ale byłem tak blisko podjazdu na Stożek, ze grzechem byłoby nie
skorzystać :) O dziwo, podjazd pod Stożek też nie był męczący ( miałem
chyba dobry dzień ). Ze stożka na Cieślar, potem na Soszów i żółtym z
powrotem do Nydka i do domku. Łącznie 80km i 2100 m przewyższenia. Trasa
świetna, polecam, choć przyznaję, że było kilka trudniejszych miejsc.
Pierwsza wycieczka rowerowa w towarzystwie żony w tym roku. Lepiej późno niż wcale :) Już moja w tym głowa, aby nadrobić zaległości ! W prawdzie tempo było spacerowe, ale od czegoś musiała zacząć. Trasa wiodła prze Karwinę do Cieszyna i powrót polską stroną.
Nie lubię głupich pytań, więc rano nie
zapytałem co można robić w taki piękny dzień, tylko zapakowałem rower na
samochód, podjechałem z żoną odebrać córkę z biwaku i po zapakowaniu
Magdy do samochodu, żonka wróciła autem do domku a my z Sebą
ruszyliśmy w góry. Trasa miała być krótka, bo w dzień wolny od pracy
trzeba z całą rodzinką nadrobić brak czasu jaki miał miejsce w ostatnich
dniach. Asfaltem do Gutów ( asfalt jak to asfalt, nuda i nic więcej
) niebieskim na Jaworowy. Młody oczywiście wyrwał do przodu, już nawet
nie próbowałem nadążyć. Jechałem swoim tempem i dojechałem na szczyt
dwie minuty później. Na Jaworowym chwilka odpoczynku, kanapki i mała
rozrywka przy oglądaniu zmagań początkujących paralotniarzy.
Dowiedzieliśmy się, że kurs paralotniarski trwa tydzień, kosztuje 8 tys.
koron wraz z wypożyczeniem potrzebnego sprzętu- może kiedyś z Sebą
spróbujemy ? Ruszyliśmy dalej- Jaworowy "Vyrchol", Gutske Sedlo, i
dalej, aż do Kalużnego. Po drodze piękne single, troszkę przyjemności z
jazdy zabrały nam wiatrołomy, ale nie było tragicznie. Na Kalużym
zgubiłem okulary, już trzecie w tym sezonie
Z Kalużnego na Ostry. Tutaj zasłużony, mały, bursztynowy napój. Z
Ostrego zjazd i dwie niemiłe niespodzianki. Pierwsza - rozwaliłem dętkę
na jakimś kamieniu. Po naprawie dalsza jazda w dół. Dojechaliśmy do
asfaltu, który młodemu dodał pewności siebie. Jak to z reguły w życiu
bywa, zbytnia pewność siebie kończy się nieciekawie. Tak też było i tym
razem. Przy sporej prędkości widziałem jak Sebie tylne koło zaczyna
"gonić" po asfalcie kilka metrów przed zakrętem i już wiedziałem , że
będą "dachy". Najgorsze było to, że na torze jego jazdy była brzoza, a
wiadomo jak kończą się bliskie spotkania z brzozami
Na szczęście Seba lotem koszącym ominął brzozę i wpadł na skarpę,
kręcąc w locie piękne figury, a rower zahaczając lekko o drzewo
zatrzymał się na poboczu. Nie zdążyłem się zbytnio wystraszyć jak młody
wstał energicznie i z bananem na ustach wrzasnął: "jestem cały, nic mi
się nie stało!!!". Rower też nie odniósł większych obrażeń poza
rozregulowaniem przedniego hamulca, w wyniku czego klocek zaczął ocierać
o tarczę i w akompaniamencie takiego pisku dojechaliśmy do domu. Nie
wiem, czy to w wyniku rzeczywistego zmęczenie, czy też odreagowania
stresu związanego z upadkiem, Seba jak tylko przyjechał do domu, to padł
na łóżko i zasnął A ja? Już planuję gdzie go zabrać następnym razem:D
Czasem
zdarza się, że najzwyklej w świecie pomyli mi się lewa strona z prawą.
Dzisiaj właśnie tak się stało. Jak wstawałem to jakoś tak lewą nogą, zły
na cały świat. Robiąc dobrą minę do złej gry, wyprawiłem dzieciaki do
szkoły, żonę do pracy, zainstalowałem od zera windows-a na laptopie, bo
wczoraj się wysypał całkowicie i wybrałem się na rower. Niezbyt chciało
mi się kręcić, nogi jeszcze nie wróciły z dirticu i bolały na początku
niemiłosiernie, ale po 15 kilometrach już było ok. Jechałem całkowicie
bez celu, gdzie koła zaniosą. Wszystko mnie drażniło , a nic nie
cieszyło. Wszystko brałem "z byka, na rogi". Nawet widok Jaworowego nie
poprawiał nastroju. Kręcąc bezmyślnie dojechałem do Gutów i oczywistym
się stało, że odwiedzę dzisiaj Jaworowy. Początek podjazdu ( skutecznie,
ostatnio zmieniony w asfaltową autostradę ) czuję, że jakoś tak lżej
człowiekowi na duszy. Nie wiedząc kiedy, dotarłem do schroniska.
Spotkałem tam kilku paralotniarzy, pooglądałem jak startują walcząc z
wiatrem, a później pojechałem na Javorovy Vrchol i dalej, aż zjechałem
do Ropic. Z Ropic ponownie do Gutów, zobaczyć drewniany kościółek i
prosto do domu. Przyjechałem do domu i nie pamiętałem już, dlaczego
byłem z rana taki naładowany :D Góry leczą duszę! :)
Od początku swojej przygody z rowerem górskim i jazdą po beskidzkich szlakach ( trwa to już kulka miesięcy :D ) wiele razy słyszałem opowieści o Koprzywnickim Drticu. Opowieści z reguły były przerażające :) Postanowiłem sprawdzić jakie emocje towarzyszą zawodnikom biorącym udział w takich maratonach. Nie będę się rozpisywał o doskonałej organizacji, wspaniałych widokach itp... Napiszę tylko, ze żadna z mrożących krew w żyłach opowieści na temat tych zawodów nie była w żadnym momencie przesadzona! Po 120 km i ponad 3600 m przewyższenia osiągnąłem stan w którym nawet jazda w dół była nie lada wyzwaniem, o próbie przejechania dodatkowych metrów poza metą nie mogło być już mowy. Ważne jednak, ze udało mi się wygrać z najtrudniejszym przeciwnikiem, czyli z własną psychiką :) Dojechałem na metę i jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwy.
Stare
przysłowie eskimosów mówi" "Co się odwlecze to nie uciecze". Zgodnie z
tym przysłowiem niedoszły, zeszłotygodniowy wyjazd w góry Beskidu
Żywieckiego udało się zorganizować w tym tygodniu. Nie było jeszcze
takiego wyjazdu w góry, po którym
napisałbym, że wycieczka się nie udała. Dzisiejsza wyrypa nie odbiega w
tym względzie od normy. Był to bardzo udany wypad, z dooooskaonałymi
widokami i z dużą ilością przygód. Zacznijmy jednak od początku.
Spotkanie uczestników o 8.00 pod kościółkiem w Ujsołach. Frekwencja
doskonała, humory dopisują, ruszamy. Na początek podjazd asfaltowo-
betonowy i dalej na Krawców Wierch, ostro w górę.
Chwila odpoczynku i tankowanie w schronisku, co nie było łatwe, bo wody
w studni było mało i kapała tylko z jednego kranu. Szybkie mycie
napędów zawalonych błotem ze szlaku. Ruszamy dalej. Na trasie kilka
przygód, w tym skoki na główkę w błoto. W drodze na Halę Miziową
urwałem hak tylnej przerzutki, co niestety uniemożliwiło mi kontynuację
podróży. No cóż, bywa i tak. Dzięki Karelowi ( tak, tak, Panie i Panowie miałem to szczęście i poznałem go osobiście, ale z nadmiaru wrażeń zapomniałem podziękować za zorganizowanie strojów BS :D )Markowi i Kubie
opracowaliśmy rozwiązanie tymczasowe, czyli skrócenie łańcucha na
długość jednego przełożenia. Cała ekipa ruszyła dalej, a ja i Jacek ( ten co skakał na główkę przez kierownicę do błota ),
który postanowił mi towarzyszyć zawróciliśmy i pojechaliśmy na Rysiankę,
gdzie poczekaliśmy, aż reszta po zaliczeniu Hali Miziowej dołączy do
nas. Po ponownym spotkaniu zjechaliśmy do Hali Lipowskiej, gdzie
posililiśmy się doskonałym żurkiem z jajkiem i czerpiąc dziką
przyjemność z równie dzikich zjazdów dotarliśmy na sam dół do asfaltu i
do samochodów. Na podsumowanie powiem tak: tego właśnie oczekuję od
takich wypadów, jazdy bez zadęcia, z chwilą relaksu przy posiłku i
napojach, doskonałego towarzystwa z bananami na twarzach, cudownych
widoków ( te dzisiejsze były jak na razie najpiękniejsze ) no i
oczywiście muszę zaznaczyć, że jestem bardzo dumny z syna, który
zdecydowanie daje radę!!!
Poniżej tata z synem: Na zdjęciu poniżej nasza Marzen śmiga podziwiając cudowną panoramę. A to piątka w podzięce za nowy rower jaki sprawiłem synowi i świetną zabawę jaką zafundowała mu ta wyprawa! Przyczyna awarii:
Miał być wspaniały wypad do Ujsoł, jednak
prognoza pogody przepowiadała na ten dzień deszcze, bez szans na
przejaśnienia. Na potwierdzenie prognoz, już dzień wcześniej, wieczorem zaczął
padać deszcz. W związku z tym stwierdziłem, że wyjazd trzeba odłożyć na lepsze czasy. Jak to zwykle w życiu bywa, pogoda oczywiście zaskoczyła synoptyków, cóż począć. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Syn
zaproponował wspólny wypad w góry, bo chciałby spróbować jak to jest. Z
chęcią przystałem na propozycję,po drodze przybraliśmy kolegę. Na
trasie byłem pewien, że syn będzie potrzebował kilku przystanków, a
tempo będzie niezbyt wysokie, bo to jego pierwsza wyprawa na rowerze od
dłuższego czasu, a w góry to w ogóle pierwsza.. No i co ?... Ponownie zaskoczenie. Jak młody wyrwał tak
wszystkie rady jakie chciałem mu przekazać musiałem zachować dla
siebie, bo nie mogłem go dogonić.
Dla zachowania twarzy dojechałem go pod samym szczytem i wspólnie
wjechaliśmy na górę. Cieszy mnie ten fakt niezmiernie, bo znalazłem
partnera do wyjazdów. Niestety łączy się to z wydatkami, kolejny rower,
ciuszki itd... Ale jakoś damy radę, bo dla wspólnej pasji warto!