Poranna pogoda nie napawała optymizmem,
ale co tam, raz się żyje, a od deszczu jeszcze nikt nie zginął. Jak się
okazało nasze obawy były zupełnie bezpodstawne, bo słoneczko się
rozkręciło i przyświecało nam przez ponad połowę trasy. Ale od początku.
Rano na miejscu zbiórki lekki zawód. Dwie osoby na starcie i jedna ze
wsparciem mentalnym, jednak bez możliwości udziału w wyjeździe. No cóż,
mówi się trudno, przyjdą jeszcze czasy, że zakorkujemy Cieszyn. Ruszamy.
Do Navsi tradycyjnie, a potem w kierunku Filipki zaplanowaną przez
Andrzeja trasą. Tereny stare, ale trasy nowe, początkowo niezbyt
wymagające podjazdy z czasem przerodziły się w wymagające, ale daliśmy
radę. Dalej trasa prowadziła w okolice Soszowa, tam drobne zamieszanie,
bo plan był inny więc szybki zawrót i trafiamy na ścieżkę, która
pokrywała się z naszymi zamiarami. Świetny zjazd przez las wąską ścieżką
i radość z odpoczynku dla nóżek :) Jesteśmy w Nydku, gdzie zaczynamy
się drapać w kierunku Czantorii. Trudy wcześniejszych podjazdów już dają
się we znaki i niezbyt stromy, ale długi podjazd jest niebywale
męczący. Podjazd po Chatę na Czantorii pokonujemy odrobinę z buta, ale
końcówka już w siodle bo trzeba zachować twarz :D . Od Chaty jedziemy na
Czantorię, a tam tłumy ludzi. Widać wiosnę, jeszcze miesiąc temu pod
wieżą widokową nie było nikogo. Z Czantorii na Małą Czantorię. Tutaj
Andrzej w pełni wykorzystał wspomaganie grawitacji, swoje umiejętności i
możliwości swojego 29 calowego rumaka co spowodowało, że w moich oczach zyskał
ksywę "znikający punkt". W sumie dobrze bo zamiast piłować moje heble i
kupować kolejne w tym roku klocki , zamknąłem oczy i "cisłem" w dół na
złamanie karku, w efekcie udało się nie zgubić Andrzeja z oczu.
Podsumowanie całej trasy jest takie: ogień w żyłach, kwas w mięśniach,
banan na gębie i godzinny zgon po dotarciu do domu.
Trasa po prostu wymarzona. Było wszystko, trochę podjazdu, trochę błota, trudne odcinki z kamieniami i głazami, były też korzenie i zjazdy z duszą na ramieniu. Do tego wspaniałe słoneczko i przyjemna temperatura. Całość dopełniło doborowe towarzystwo. W dwóch słowach: PEŁNIA SZCZĘŚCIA!
Zaczęło
się nieciekawie. W spadku po niedzielnej wycieczce odkryłem dzisiaj,
że tylne koło pozbawione jest powietrza. Defekt usunąłem i ruszyłem w
trasę. Przed Ustroniem znalazłem drogę, którą jeszcze nigdy nie
jechałem. Jak zwykle zaprowadziła mnie
na manowce i tradycyjnie już musiałem się przebijać przez krzaki. W
końcu dotarłem do Ustronia, a dalej już poszło super. Z Dobki ostro w
górę, po kilku kilometrach łagodny zjazd do Wisły. Z Wisły do Malinki i
ponownie w górę. Po drodze dopadł mnie jakiś kundel i ugryzł w nogę. Na
szczęście nie przebił buta, więc przeżyłem
Po dotarciu na górę przyjemny zjazd do Leśnicy. Od Leśnicy "wmordęwind"
trochę utrudniał jazdę. Z Górek na Nierodzim, z Nierodzimia, wałem
Wisły do Skoczowa, przez Kaplicówkę do Dębowca, Hażlach i kilka
kilometrów po Pogwizdowie aby dobić do setki ( zrobiłem w sumie 100km i
660 m ) Pogoda boska, więc
i wycieczka należała do bardzo przyjemnych. Trasa godna polecenia,
niezbyt wymagająca, za to bardzo widokowa. Ślad gps zapożyczony od wmarek74, który jak zawsze pokazał genialną stronę naszych Beskidów, za co serdecznie mu w tym miejscu dziękuję.
Wczoraj grypa żołądkowa (świńska bo tylko jakaś świnia mogła mnie tym cholerstwem zarazić). Dzisiaj krótka przejażdżka z Cieszyna do domu, jednak choroba wyczerpała całkowicie moc i koła nie chcą się kręcić. Zobaczymy jutro.
Wszystkie media trąbią, że będzie deszcz, załamanie pogody i w ogóle tragedia. W oczekiwaniu na zapowiadany armagedon ruszyliśmy we trzech na krótki wypad po okolicy ( nie pojedziemy przecież daleko, bo niebo nam się na głowy zwali ). Bokami do Cisownicy, dalej bokami na Jelenicę i Budzin, później Tuł ( uwielbiam zjazd z Budzina przez Tuł, boskie korzonki i kamyczki ). Poganiani pierwszymi kroplami deszczyku wróciliśmy do domu z jednym postojem na usunięcie defektu. Niezbyt ambitny, ale bardzo przyjemny trip w wesołej kompanii.
Trasa zdecydowanie ciężka, miejscami nieprzejezdna z powodu dużych ilości luźnych kamieni i sporego nachylenia, zarówno w górę jak i w dół. Od Klimczoka już spoko, jedynie objazd Zebrzydki tonął w błocie co widać na fotkach. Widoki jednak zrekompensowały wszelkie niedogodności. Ze zbocza Klimczoka piękny widok z Tatrami na horyzoncie.
Sobota pod znakiem robót budowlanych ( małą wylewka w piwnicy ). Roboty zakończone o godz.15:30, więc wyjazd w góry nie wchodził w rachubę, jednak sobota bez rowerowania? Nie ma takiej możliwości. Szybki prysznic, ciuszki rowerowe na tyłek i ruszam. Po kilkuset metrach zacząłem się zastanawiać gdzie jechać. Zastanawiałem się właściwie całą drogę :) Przekonałem się, że można pokręcić się po okolicy i zobaczyć całkiem ładne krajobrazy. Wprawdzie widoków jakie można podziwiać w górach to nie zastąpi, ale zawsze jakiś substytut to jest. A wyglądało to tak: Zdjęcie poniżej- dla niewtajemniczonych "Na Zadki" oznacza "Na tyły". Zadek w naszej gwarze nie oznacza części ciała :D