Po tygodniu jazdy 6 kilometrowych
odcinków do pracy i z pracy, i to w strugach deszczu, udało się w końcu
coś pokręcić w ciekawszych okolicznościach. Szybki telefon do Krzyśka, i
do kumpla, który już od jakiegoś czasu chciał spróbować swoich sił w
jeździe po górach i ruszamy w drogę. W Cieszynie dopadł nas Janek i
dołączył do wspólnej jazdy. Tempo dobrane do możliwości "nowego" kolegi,
czyli jazda spokojna i bardzo sympatyczna, przegadana na różne tematy
:) Kolega zaskoczył wszystkich i na pierwszej górskiej "wyrypie" pokonał
prawie całą trasę w siodle, więc na dobicie powrót przez przejście
graniczne w Lesznej i przez Kojkowice. Ogólnie mówiąc kolejna cudowna
niedziela na rowerze z górami w tle ( i nie tylko w tle) .
Jak
dotychczas wszystkie przejechane trasy, które wyznaczał Andrzej ( Somer ) były świetne, jednak ta którą
pokonaliśmy tym razem.... gdybym napisał, że czegoś na niej brakowało,
to by oznaczało, że przydzwoniłem głową w bramę ( przed którą nie udało mi się do końca wyhamować ) mocniej niż mi się
zdawało. W porywach euforycznych
zachwytów przy zjazdach zapominałem do czego służą hamulce, a
podziwiając widoki zapominałem o konieczności oddychania! Na temat
radości ze zjazdu trasą downhillową nie mogę się zbytnio rozpisywać, bo
może to przeczytać moja żonka i tyle będzie z następnych wyjazdów
Radości z wyprawy nie zepsuła nawet wywrotka jaką zaliczyłem w
Cieszynie, ku uciesze wszystkich przechodniów, a moje oświadczenie, że
asfalt w tym roku jest jakiś miękki i nic mnie nie boli podsycił tylko
ogólną wesołość. W kilku słowach, było to kolejne 110 km wspaniałej zabawy! Dzięki ludziska za niezapomniane emocje!
Oj, działo się, działo Akcja z serii "pięciu wytrwałych"
Początki były ciężkie, nie wiedzieć czemu, może to z powodu wczorajszego grilla , albo naszej ostatniej, dłuższej trasy.
Jednak w miarę pokonywanych kilometrów, nóżki się rozkręcały, do tego
stopnia, że pod koniec niektórzy mieli nawet ochotę na małe wyścigi. A
trasa, jak wszystkie przygotowywane przez Andrzeja ( Somera ) , była "miodna".
Obfitowała w podjazdy i zjazdy, w kamienie i błoto, były również
smaczne singielki. Spożyliśmy też "siłodajną" kawę w schronisku. Nie wiem
jak inni, ale ja uzupełniłem poziom satysfakcji i przyjemności do
poziomu, który pozwoli mi przetrwać kilka dni bez większej wyrypy
rowerowej ( oczywiście jakby się jakaś trafiła to nie omieszkam
skorzystać z okazji ).
Tradycja
w narodzie, rzecz święta, w związku z tym tradycyjnie jak co roku
majówkę rozpoczęliśmy wycieczką rowerową. Tym razem to była prawdziwa
WYPRAWA rowerowa. Łącznie nazbierało się prawie 160 km, ale od początku.
Start o 6.20 na dworcu kolejowym w Czeskim Cieszynie i od razu miła
niespodzianka. Frekwencja pozytywnie zaskoczyła wszystkich. 11 osób to
prawdziwy rekord. Wyjazd pociągiem z Czeskiego Cieszyna do Opavy. W tym
miejscu należałoby napisać kilka słów o doskonałej kondycji czeskich
kolei, w których czyste wagony, pachnące ubikacje i wiele innych
czynników może przyprawić o zawrót głowy, ale to nie miejsce i nie czas
na to aby się o tym rozpisywać. W Opavie właściwy start wycieczki.
Wszyscy w doskonałych humorach, tempo na początku dość wysokie, a widoki
i trasa.... brak słów, po prostu coś pięknego. Na trasie było
praktycznie wszystko: podjazdy, zjazdy, asfalty, teren, kamienna
rąbanka, singielek, powojenne bunkry, zamki, zabytkowe auta, zapory,
zdjęcia w rzepaku czyli dla każdego coś dobrego. Zdarzyły się też dwie
awarie, które wśród śmiechu gremialnie usuwaliśmy. Koniecznie muszę
napisąc słów kilka o publiczności :) Jedenaście osób na rowerach
wzbudzało wszechobecną ciekawość. Padło nawet pytanie czy to są jakieś
zawody :) Wszyscy nas pozdrawiali, a przy jednym z defektów zjawił się
ktoś oferujący kompresor :) Koniech trasy miał miejsce w Bohuminie gdzie
ponownie wsiedliśmy do pociągu i wrócili do Cieszyna. Jeden z kolegów ( Marek87 ) za mało wytrząsł swój tyłek i postanowił wrócić do Cieszyna na kołach.
Wielki szacun dla niego za kondycję, bo nas zmęczenie raczej już
wyłączyło z jazdy. Całą wycieczkę organizował Marek ze Skoczowa ( wmarek74 ) i za
doskonałą organizację, wspaniale przygotowaną trasą należą się Markowi
wielkie dzięki od całej grupy.
W
niedzielę musi być smacznie, rodzinnie i świątecznie, więc tym razem
wypad był dla odmiany sobotni. Poranna pogoda, któryś raz z kolei nie
była zbyt obiecująca, ale nauczeni poprzednimi wyjazdami nie przejęliśmy
się tym zbytnio i ruszyliśmy w drogę. W Ustroniu dołączyły do nas trzy
osoby z zaprzyjaźnionej grupy z Bielska B (kolejni, poznani dzięki "cyklozie" świetni ludzie ). Trasa wiodła poprzez Trzy
Kopce, Salmopol, Magurę Radziechowską, Wisłę. Początek trasy był dla
mnie stosunkowo ciężki, bo jakoś tak nóżka nie bardzo miała ochotę się
rozkręcić, ale na Trzech Kopcach było już ok. Pogoda , jak zawsze nas
nie zawiodła... początkowo. Na trasie było kilka awarii, w tym
nieszczelny układ hamulcowy (wystarczyło tylko dokręcić przewód),
zerwany łańcuch i to od razu w dwóch miejscach. Po przejechaniu przez
Salmopol w stronę Magury niestety pogoda zaczęła nam płatać figla, a na
Magurze pokazała co potrafi. Wiatr urywał głowę, deszcz wbijał się
boleśnie w twarz,a na zakończenie tego szaleństwa zaczął padać śnieg z
deszczem. W takim układzie nie było mowy o kontynuowaniu trasy , więc
postanowiliśmy wracać. Zjazd z wysokości prawie 1200m nie należał do
łatwych. Z powodu wielkiej ilości błota od poziomu 800m nie używałem tylnego
hamulca, bo nie miałem klocków, które starły się tak, że klamka hamulca
dochodziła do kierownicy :) Jazda z Wisły do domu odbywała się przy
akompaniamencie jęczących od nadmiaru błota i piasku napędów,
pozbawionych przez wodę jakichkolwiek śladów smaru. I to się nazywa
przygoda rowerowa w górach! :)
Kolega rozpoczynający swoją przygodę z rowerem poprosił mnie aby pokazać mu jakąś niewymagającą trasę dla niego i jego dzieciaków. Zabrałem ze sobą swojego 12 letniego syna i ruszyliśmy w drogę. Po jej przejechaniu kolega stwierdził, że trasa jest świetna, bo wiedzie drogami, na których ruch samochodów jest praktycznie zerowy i jest całkiem płaska. Na następny wyjazd poprosił, aby pokazać mu troszkę bardziej wymagającą ścieżkę, w lesie a nawet może być w górach, jednak na miarę możliwości chłopaków wieku 12 lat, rozpoczynających dopiero karierę kolarską :) Macie może jakieś propozycje? Myślę o Małym Jaworowym , zobaczymy czy dają radę.
Bocznymi drogami do Cieszyna, a w Cieszynie szlakiem kiosków z gazetami w poszukiwaniu Bike Board-u z testem 22 rowerów do 4500 PLN. Ostatecznie udało się znaleźć czasopismo w zaprzyjaźnionym sklepie rowerowym.
Zapowiadano deszczową niedzielę. Dalekie
wojaże niosły ze sobą zbyt duże ryzyko jazdy w strugach deszczu, ale niedziela bez kręcenia nie wchodziła w rachubę, więc
ruszyliśmy na okoliczne asfalty. Jak na niedzielę przystało tempo było
niedzielne. "Zwiedziliśmy" Guty, podnóże Javorovego, piękne
malownicze okolice. W drodze powrotnej odwiedziliśmy
pumptrack w Czeskim Cieszynie. Nie mogliśmy się powstrzymać i jedną
rundkę musieliśmy przejechać
Plan na niedaleką przyszłość- zabrać syna w to miejsce i pod pretekstem
szkolenia młodego, czerpać dziką przyjemność z jazdy po torze:D Po
pumtraku zamiast prosto do domu,
ruszyłem czeską stroną w kierunku Karwiny. Zahaczyłem o "Rybi dum",
następnie skręciłem w dróżkę asfaltową, której nie znałem i jak zawsze
doprowadził mnie... po prostu jak zawsze musiałem się wracać
Dalej już prościutko przez przejście w Kaczycach do domku. Razem
nazbierało się 67 km i 430 m w górę. Niezbyt to ambitny wynik, ale
przyjemność z jazdy i towarzystwa jak zawsze tak samo wielka!