W
niedzielę musi być smacznie, rodzinnie i świątecznie, więc tym razem
wypad był dla odmiany sobotni. Poranna pogoda, któryś raz z kolei nie
była zbyt obiecująca, ale nauczeni poprzednimi wyjazdami nie przejęliśmy
się tym zbytnio i ruszyliśmy w drogę. W Ustroniu dołączyły do nas trzy
osoby z zaprzyjaźnionej grupy z Bielska B (kolejni, poznani dzięki "cyklozie" świetni ludzie ). Trasa wiodła poprzez Trzy
Kopce, Salmopol, Magurę Radziechowską, Wisłę. Początek trasy był dla
mnie stosunkowo ciężki, bo jakoś tak nóżka nie bardzo miała ochotę się
rozkręcić, ale na Trzech Kopcach było już ok. Pogoda , jak zawsze nas
nie zawiodła... początkowo. Na trasie było kilka awarii, w tym
nieszczelny układ hamulcowy (wystarczyło tylko dokręcić przewód),
zerwany łańcuch i to od razu w dwóch miejscach. Po przejechaniu przez
Salmopol w stronę Magury niestety pogoda zaczęła nam płatać figla, a na
Magurze pokazała co potrafi. Wiatr urywał głowę, deszcz wbijał się
boleśnie w twarz,a na zakończenie tego szaleństwa zaczął padać śnieg z
deszczem. W takim układzie nie było mowy o kontynuowaniu trasy , więc
postanowiliśmy wracać. Zjazd z wysokości prawie 1200m nie należał do
łatwych. Z powodu wielkiej ilości błota od poziomu 800m nie używałem tylnego
hamulca, bo nie miałem klocków, które starły się tak, że klamka hamulca
dochodziła do kierownicy :) Jazda z Wisły do domu odbywała się przy
akompaniamencie jęczących od nadmiaru błota i piasku napędów,
pozbawionych przez wodę jakichkolwiek śladów smaru. I to się nazywa
przygoda rowerowa w górach! :)
Kolega rozpoczynający swoją przygodę z rowerem poprosił mnie aby pokazać mu jakąś niewymagającą trasę dla niego i jego dzieciaków. Zabrałem ze sobą swojego 12 letniego syna i ruszyliśmy w drogę. Po jej przejechaniu kolega stwierdził, że trasa jest świetna, bo wiedzie drogami, na których ruch samochodów jest praktycznie zerowy i jest całkiem płaska. Na następny wyjazd poprosił, aby pokazać mu troszkę bardziej wymagającą ścieżkę, w lesie a nawet może być w górach, jednak na miarę możliwości chłopaków wieku 12 lat, rozpoczynających dopiero karierę kolarską :) Macie może jakieś propozycje? Myślę o Małym Jaworowym , zobaczymy czy dają radę.
Bocznymi drogami do Cieszyna, a w Cieszynie szlakiem kiosków z gazetami w poszukiwaniu Bike Board-u z testem 22 rowerów do 4500 PLN. Ostatecznie udało się znaleźć czasopismo w zaprzyjaźnionym sklepie rowerowym.
Zapowiadano deszczową niedzielę. Dalekie
wojaże niosły ze sobą zbyt duże ryzyko jazdy w strugach deszczu, ale niedziela bez kręcenia nie wchodziła w rachubę, więc
ruszyliśmy na okoliczne asfalty. Jak na niedzielę przystało tempo było
niedzielne. "Zwiedziliśmy" Guty, podnóże Javorovego, piękne
malownicze okolice. W drodze powrotnej odwiedziliśmy
pumptrack w Czeskim Cieszynie. Nie mogliśmy się powstrzymać i jedną
rundkę musieliśmy przejechać
Plan na niedaleką przyszłość- zabrać syna w to miejsce i pod pretekstem
szkolenia młodego, czerpać dziką przyjemność z jazdy po torze:D Po
pumtraku zamiast prosto do domu,
ruszyłem czeską stroną w kierunku Karwiny. Zahaczyłem o "Rybi dum",
następnie skręciłem w dróżkę asfaltową, której nie znałem i jak zawsze
doprowadził mnie... po prostu jak zawsze musiałem się wracać
Dalej już prościutko przez przejście w Kaczycach do domku. Razem
nazbierało się 67 km i 430 m w górę. Niezbyt to ambitny wynik, ale
przyjemność z jazdy i towarzystwa jak zawsze tak samo wielka!
Poranna pogoda nie napawała optymizmem,
ale co tam, raz się żyje, a od deszczu jeszcze nikt nie zginął. Jak się
okazało nasze obawy były zupełnie bezpodstawne, bo słoneczko się
rozkręciło i przyświecało nam przez ponad połowę trasy. Ale od początku.
Rano na miejscu zbiórki lekki zawód. Dwie osoby na starcie i jedna ze
wsparciem mentalnym, jednak bez możliwości udziału w wyjeździe. No cóż,
mówi się trudno, przyjdą jeszcze czasy, że zakorkujemy Cieszyn. Ruszamy.
Do Navsi tradycyjnie, a potem w kierunku Filipki zaplanowaną przez
Andrzeja trasą. Tereny stare, ale trasy nowe, początkowo niezbyt
wymagające podjazdy z czasem przerodziły się w wymagające, ale daliśmy
radę. Dalej trasa prowadziła w okolice Soszowa, tam drobne zamieszanie,
bo plan był inny więc szybki zawrót i trafiamy na ścieżkę, która
pokrywała się z naszymi zamiarami. Świetny zjazd przez las wąską ścieżką
i radość z odpoczynku dla nóżek :) Jesteśmy w Nydku, gdzie zaczynamy
się drapać w kierunku Czantorii. Trudy wcześniejszych podjazdów już dają
się we znaki i niezbyt stromy, ale długi podjazd jest niebywale
męczący. Podjazd po Chatę na Czantorii pokonujemy odrobinę z buta, ale
końcówka już w siodle bo trzeba zachować twarz :D . Od Chaty jedziemy na
Czantorię, a tam tłumy ludzi. Widać wiosnę, jeszcze miesiąc temu pod
wieżą widokową nie było nikogo. Z Czantorii na Małą Czantorię. Tutaj
Andrzej w pełni wykorzystał wspomaganie grawitacji, swoje umiejętności i
możliwości swojego 29 calowego rumaka co spowodowało, że w moich oczach zyskał
ksywę "znikający punkt". W sumie dobrze bo zamiast piłować moje heble i
kupować kolejne w tym roku klocki , zamknąłem oczy i "cisłem" w dół na
złamanie karku, w efekcie udało się nie zgubić Andrzeja z oczu.
Podsumowanie całej trasy jest takie: ogień w żyłach, kwas w mięśniach,
banan na gębie i godzinny zgon po dotarciu do domu.