Trasa po prostu wymarzona. Było wszystko, trochę podjazdu, trochę błota, trudne odcinki z kamieniami i głazami, były też korzenie i zjazdy z duszą na ramieniu. Do tego wspaniałe słoneczko i przyjemna temperatura. Całość dopełniło doborowe towarzystwo. W dwóch słowach: PEŁNIA SZCZĘŚCIA!
Zaczęło
się nieciekawie. W spadku po niedzielnej wycieczce odkryłem dzisiaj,
że tylne koło pozbawione jest powietrza. Defekt usunąłem i ruszyłem w
trasę. Przed Ustroniem znalazłem drogę, którą jeszcze nigdy nie
jechałem. Jak zwykle zaprowadziła mnie
na manowce i tradycyjnie już musiałem się przebijać przez krzaki. W
końcu dotarłem do Ustronia, a dalej już poszło super. Z Dobki ostro w
górę, po kilku kilometrach łagodny zjazd do Wisły. Z Wisły do Malinki i
ponownie w górę. Po drodze dopadł mnie jakiś kundel i ugryzł w nogę. Na
szczęście nie przebił buta, więc przeżyłem
Po dotarciu na górę przyjemny zjazd do Leśnicy. Od Leśnicy "wmordęwind"
trochę utrudniał jazdę. Z Górek na Nierodzim, z Nierodzimia, wałem
Wisły do Skoczowa, przez Kaplicówkę do Dębowca, Hażlach i kilka
kilometrów po Pogwizdowie aby dobić do setki ( zrobiłem w sumie 100km i
660 m ) Pogoda boska, więc
i wycieczka należała do bardzo przyjemnych. Trasa godna polecenia,
niezbyt wymagająca, za to bardzo widokowa. Ślad gps zapożyczony od wmarek74, który jak zawsze pokazał genialną stronę naszych Beskidów, za co serdecznie mu w tym miejscu dziękuję.
Wczoraj grypa żołądkowa (świńska bo tylko jakaś świnia mogła mnie tym cholerstwem zarazić). Dzisiaj krótka przejażdżka z Cieszyna do domu, jednak choroba wyczerpała całkowicie moc i koła nie chcą się kręcić. Zobaczymy jutro.
Wszystkie media trąbią, że będzie deszcz, załamanie pogody i w ogóle tragedia. W oczekiwaniu na zapowiadany armagedon ruszyliśmy we trzech na krótki wypad po okolicy ( nie pojedziemy przecież daleko, bo niebo nam się na głowy zwali ). Bokami do Cisownicy, dalej bokami na Jelenicę i Budzin, później Tuł ( uwielbiam zjazd z Budzina przez Tuł, boskie korzonki i kamyczki ). Poganiani pierwszymi kroplami deszczyku wróciliśmy do domu z jednym postojem na usunięcie defektu. Niezbyt ambitny, ale bardzo przyjemny trip w wesołej kompanii.
Trasa zdecydowanie ciężka, miejscami nieprzejezdna z powodu dużych ilości luźnych kamieni i sporego nachylenia, zarówno w górę jak i w dół. Od Klimczoka już spoko, jedynie objazd Zebrzydki tonął w błocie co widać na fotkach. Widoki jednak zrekompensowały wszelkie niedogodności. Ze zbocza Klimczoka piękny widok z Tatrami na horyzoncie.
Sobota pod znakiem robót budowlanych ( małą wylewka w piwnicy ). Roboty zakończone o godz.15:30, więc wyjazd w góry nie wchodził w rachubę, jednak sobota bez rowerowania? Nie ma takiej możliwości. Szybki prysznic, ciuszki rowerowe na tyłek i ruszam. Po kilkuset metrach zacząłem się zastanawiać gdzie jechać. Zastanawiałem się właściwie całą drogę :) Przekonałem się, że można pokręcić się po okolicy i zobaczyć całkiem ładne krajobrazy. Wprawdzie widoków jakie można podziwiać w górach to nie zastąpi, ale zawsze jakiś substytut to jest. A wyglądało to tak: Zdjęcie poniżej- dla niewtajemniczonych "Na Zadki" oznacza "Na tyły". Zadek w naszej gwarze nie oznacza części ciała :D