Jutro odbędzie się wyścig rowerowy w Zamarskach "Lutnia Bike Marathon". korzystając z tego, ze trasa jest już oznaczona postanowiłem przejechać tę część trasy, którą można pokonać na moim trekingu. Oczywiście wpakowałem się w kilka miejsc, gdzie nie dałem rady jechać i musiałem podchodzić pieszo, a to z powodu bardzo mokrej trawy i stromych podjazdów. Najzwyczajniej stałem w miejscy orząc tylnym kołem :) Muszę przyznać, że oznakowanie trasy jest świetne, a sama trasa wymagająca ( przynajmniej dla takiego amatora jak ja). Jutro z przyjemnością zobaczę zmagania zawodników, może zrobię kilka zdjęć.
Wyruszyłem ok. 9:00. Pogoda zapowiadała się dobra na dłuższą wycieczkę, więc chciałem zrobić ok. 100 km- bo to dla mnie długość, której nie mogę przekroczyć. Raz tylko mi się udało. Zawsze jakoś tak albo czasu za mało, albo.... zawsze czegoś do tej setki zabraknie. Po przekroczeniu granicy w Kaczycach pojechałem do Petrowic, a stamtąd do Bohumina i Chałupek. Było raczej chłodno i pochmurnie, ale jechało się dobrze bo z wiatrem. Dotarłem do Chałupek. Nagle żona dzwoni z pytaniem czy schowałem może pranie, które suszyła na ogródku, bo w Cieszynie strasznie leje. Oczywiście prania nie schowałem, ale przynajmniej na mojej trasie sucho. Niestety długo to nie trwało. Po upływie 10 minut zaczęło strasznie padać, a na dodatek w drodze powrotnej wiło mi prosto w nos. Zanim dotarłem do domu żałowałem, ze nie zabrałem płetw i okularów do nurkowania. Pogoda zmusiła mnie do skrócenia trasy no i ponownie setka nie została pokonana. Normalnie jakieś fatum. Na dodatek złapałem mega katar i coś tam w gardełku mnie drapie. A wszystko przez głupie pranie :)))
W ramach wspólnego rodzinnego czasu wybraliśmy się z żonką i dzieciakami przez Czechy do Jabłonkowa a stamtąd do Wisły nad zaporę. Nad zaporą wskoczyłem w ciuszki, zdjąłem rower z bagażnika i ruszyłem do znajomych w Ustroniu. Żonka pojechała z dzieciakami samochodem. Po drodze zahaczyła o sklep spożywczy po czekoladkę dla dzieciaków więc z radością dotarłem do znajomych pierwszy. Szybka kawa i dalsza droga, tym razem do mojej siostry w Międzyświeciu. Ruszyłem skrótami i dotarłem na miejsce równocześnie z moją zmotoryzowaną rodzinką. Siostry niestety nie zastaliśmy, więc szybka zmiana planów i jazda do babci w Goleszowie. Ja skrótami, żonka główną droga. Niestety tym razem dojechałem 5 minut później niż żona z dzieciakami. Babci też nie zastaliśmy. Żona zabrała dzieciaki na spacer nad Ton i na skocznie, a ja ruszyłem do domu przez Dzięgielów, Puńców i Cieszyn. Starałem się jechać szybko, aby dojechać do domu przed resztą rodzinki. Prawie się udało, żona wyprzedziła mnie 200m przed domem, ale zanim otworzyła się brama wjazdowa dojechałem do nich i wjechaliśmy do domku w tym samym czasie :))) Dzieciaki miały wielką frajdę za każdym razem jak mnie wyprzedzały. Było świetnie!
Pierwszy wyjazd po 2 tygodniowym unieruchomieniu spowodowanym dyskopatią :(( Jak na razie nie mogę sobie niestety pozwolić na nic więcej, już po takiej krótkiej wycieczce plecy znowu bolą.