Po wczorajszym wdrapywaniu na Równicę, dzisiaj troszkę mniej wymagająca trasa w towarzystwie żonki i córeczki w foteliku. Pogoda świetna, troszkę wiało, ale nie przeszkadzało to w przejażdżce. Po drodze miałem przyjemność spotkać Andrzeja, który nabił punktów u mojej żonki składając jej życzenia urodzinowe z okazji drugiej dwudziestki :)) Powrót okazał się jeszcze bardziej sympatyczny, bo mocniejszy wiatr wiał w plecy i jechało się łatwo i przyjemnie.
Wyczytałem w sieci, że w Ustroniu odbywają się zawody uphilowe na Równicę. Pomyślałem, że fajnie byłoby zobaczyć jak jeżdżą zawodowcy i jakie mają rumaki. No to decyzja zapadła, zaraz z rana ruszam do Ustronia. Na portalu dropsport znalazłem info, że ktoś również planuje się tam wybrać, a że w kupie raźniej przybyłem na miejsce zbiórki i załapałem się na grupowy wyjazd. W sumie nazbierało się siedem osób. Jak się okazało, grupa znała się z wcześniejszych wspólnych wypadów. Fajnie było poznać nowe osoby, tym bardziej, że panowie byli wielce sympatyczni, a co najważniejsze wyrozumiali dla kogoś o mniejszych możliwościach kondycyjnych. O godz. 8:00 ruszyliśmy z Cieszyna poprzez Dzięgielów i Cisownicę docierając w końcu do Ustronia na miejsce startu zawodów. Dowiedziawszy się, że panowie planują oglądać zawodników na mecie byłem nieco zaskoczony ( nieco to mało powiedziane ). Byłem pewien, że nie dam rady wydrapać się na Równicę, ale jak już wyruszyłem w grupie to wstydem byłoby tą grupę porzucić i nie spróbować podjąć wyzwania. Dopingowany przez wszystkim ruszyłem w górę. Oczywiście zostałem z tyłu i musiałem zdrowo wytężać wzrok aby na nielicznych prostych wypatrzeć kogoś z grupy. W międzyczasie zostałem wyprzedzony przez kilka... naście osób. Koniec końców dotarłem do góry, a fakt, że dokonałem tego bez przerw i postojów, a co najważniejsze bez prowadzenia roweru daje mi niezłą satysfakcję :)) Na górze zostałem owacyjnie powitany co jeszcze bardziej poprawiło mi humor. Dopełnieniem satysfakcji był zjazd, w trakcie którego pobiłem swój rekord prędkości rozwijając aż 75 km/h. Po obejrzeniu zdecydowanej większości zawodników nadszedł czas na powrót. Z bólem serca musiałem pożegnać całą grupę ( panowie ruszali w kierunku Wisły i dalej, a mnie czekała w domu imprezka związana z urodzinami żony więc musiałem wracać). Pragnę podziękować Panom z Cieszyna za to, że mnie przygarnęli i zmobilizowali do większego wysiłku. Było świetnie :) Postanowiłem ostro popracować nad formą i dorobić się jakiegoś sprzętu odpowiedniego na górskie bezdroża,a wtedy będę mógł częściej uczestniczyć w tego typu grupowych wypadach, bo muszę przyznać, że frajda z podróżowania w tak doborowym towarzystwie jest ogromna.
Po pracy szybki prysznic, obiadek i biegusiem do garażu po rowerek. Kierunek Dzięgielów Zamek. Tempo całkiem fajne, pogoda świetna. Rowerzystów zatrzęsienie. Wydaje mi się, że mijam kogoś z naszej społeczności, ale może mi się tylko wydawało :). W Puńcowie wyprzedza mnie jakiś biker na rowerze szosowym. Hmm.. ciekawe czy ja też mogę jechać tak szybko. Niestety, ja męczę się, a on z pełnym luzikiem prze do przodu. Po 2 km nie udało mi się go dogonić, jechaliśmy z tą samą prędkością. Gość skręcił z głównej drogi, a ja pojechałem dalej, starając się utrzymać tempo. Dotarłem do celu, średnia wyszła jak na mnie i moją "krossowską syberiadkę" całkiem fajna- 24,7 km. Przy zamku chwilka odpoczynku na ławce, łyczek mineralnej i czas wracać. W drodze powrotnej spróbowałem jeszcze zwiększyć tempo. No i udało się- prawie 26 :) Mówcie co chcecie, ale ja jestem z siebie zadowolony :)
Zawiozłem autko do naprawy w Dębowcu i wróciłem na rowerze. Jako, ze żona już wróciła po urlopie do pracy, córcia zostaje pod moją opieką, więc musiała mi towarzyszyć. W trakcie jazdy towarzyszyła nam również mżawka, ale dało się jechać.
Wybrałem się na przejażdżkę, a potem wysłać synka na kolonię. W połowie drogi dopadła mnie ulewa, a że czas mnie gonił musiałem jechać w deszczu zamiast gdzieś przeczekać. Na szczęście zdążyłem przed odjazdem autobusu i pomogłem zapakować bagaże. Troszkę głupio wyglądałem taki mokry jak strach na wróble po burzy.:) No i jeszcze pobiłem rekord- to było, jak na razie, moje najszybsze 42 km w życiu :D
Z rodzinką, a w związku z tym starałem się wybrać w miarę płaską trasę, o co w moich stronach nie jest łatwo. Głównie jechaliśmy wzdłuż Olzy. Jutro się okaże czy trasa nie była zbyt długa dla 12 latka. Mam nadzieję, że nie będzie miał wielkich zakwasów.
Wspaniała trasa na rekreacyjną wycieczkę rowerową. Jedynym utrudnieniem był wiatr, ale w połowie trasy przestało wiać, a wtedy .... pełnia szczęścia :))