Słowacja i okolica Małej Fatry.

Sobota, 28 czerwca 2014 · Komentarze(1)
Kupując w zeszłym roku górala nie wiedziałem czym jest jeżdżenie po górach, jaki to wysiłek i jednocześnie jaka wspaniała zabawa. Od tamtego czasu troszkę się pozmieniało. Teraz już wiem, że jak ktoś raz spróbował to już nigdy nie będzie mógł z tego zrezygnować. Nakręciłem jakieś 4,5 kkm i widziałem już wiele wspaniałych widoków, przeżyłem wiele wspaniałych wyjazdów ( mam nadzieję, że to dopiero początki), jednak to co przeżyliśmy na ostatniej wycieczce nie miało sobie równych. Wybraliśmy się w rejon Małej Fatry na Słowacji. Jak tylko ruszam na rowerze od razu planuję co Wam napisać. Z reguły jest tak, że na początku mam zamiar wspomnieć , że tym razem trasa jest łatwa, przyjemna i mam ochotę polecić ją wszystkim tym, którzy chcieliby wraz z rodzinami pojeździć w pięknej okolicy, nie mając jednocześnie siłowników hydraulicznych zamiast nóg. Tym razem zaraz po starcie było dokładnie tak samo. Łatwo i przyjemnie, piękne widoki i niezbyt wymagający podjazd. Niestety- a właściwie to na szczęście- już po kilku kilometrach przekonanie o łatwości trasy pękło jak bańka mydlana. W miejsce wygodnego szlaku pojawiła się stroma skarpa, po której wyjazd był niemożliwy, a po kilkuset metrach skarpa zmieniła się we wspinaczkę, na której nawet prowadzenie roweru było niemożliwe i konieczne było wnoszenie sprzętu na plecach. Wysiłek już w połowie stoku został nagrodzony. Dotarliśmy do polany na której.... dwie minuty z zapartym tchem i w milczeniu (nie licząc westchnień zachwytu) podziwialiśmy wspaniałą panoramę. Mam nadzieję, że uwierzycie jak Wam napiszę , że to dopiero były początki tak zachwycających panoram, widoków i wszelakich estetycznych uniesień. W okolicach szczytów roślinność zmieniała się na typowo wysokogórską. Królowały kosodrzewiny i krzaki borówek, niestety bez owoców :) Co rusz pojawiały się większe skałki, a na szlakach pełno było wielkich kamieni oraz korzeni. Było też sporo miejsc, w których teren opadał pod kątem, który ciężko było pokonać na piechotę o jeździe rowerem w takich miejscach nikt nawet nie myślał. Po pokonaniu pierwszego pasma gór, szybki posiłek w przydrożnym barze i asfaltem w kierunku granicy z Polską. Po drodze wzniesienie opatrzone znakiem ostrzegawczym "wspinaczka o nachyleniu 12%", co tylko wzbudziło na naszych twarzach uśmiechy, po pokonaniu poprzedniego odcinka trasy, ten był tylko "garbem nieznacznie zwalniającym" :D Jadąc tak słowackimi asfaltami w przekonaniu, że teraz to już tylko kilometry dzielą nas od domu, nie doceniliśmy naszego przewodnika, który pod pozorem skrótu wyprowadził nas ponownie w teren górzysty, na szlak coraz ostrzej wspinający się w górę, i ponownie kilkaset metrów musieliśmy pokonać z buta. Dotarliśmy w ten sposób na Wielką Raczę, skąd zjechaliśmy korzystając częściowo z nartostrady. Dalej było jeszcze kilka wspinaczek i kilka zjazdów, ale w zdecydowanej większości asfaltowych. Do Jasnowic, gdzie czekał na nas samochód dotarliśmy po 21.00. Łącznie przejechaliśmy 107 km z przewyższeniem ok. 2700m. Podsumowując: rozkosz dla oka, przyjemność dla mięśni i... duma dla ojca, którego syn pokonał wszystko jadąc bez przerwy przodem i motywując pozostałych do większego wysiłku :)





Komentarze (1)

Dla takich widoków warto wnosić rower na plecach :] Gdy jest już po wszystkim -niedogodności wspinaczki odchodzą w niepamięć, a pamięta się tylko to co było najlepsze. Życzę takiego entuzjazmu podczas kolejnych wypadów MTB :]

marusia 06:52 wtorek, 1 lipca 2014
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!