Jest nowy rower, więc musi być trasa. No i była. Po wcześniejszym ustaleniu terminu wypadu w góry z Andrzejem, nadejszła wiekopomna chwila... Wyruszam o 8:20 docieram na umówione miejsce kilka minut przed umówionym czasem. Andrzej już czeka. Jeszcze kilka minut czekamy z nadzieją, ze ktoś dodatkowy się pojawi. Niestety nikt nie znalazł dzisiaj czasu, więc ruszamy we dwóch. Andrzej dopracował trasę ( zjeździł góry w lewo i w prawo, więc zna je jak własną kieszeń ). W tej kwestii zaufałem mu całkowicie. Cieszę się, że nie zostawił mnie gdzieś w głuszy, bo z tydzień bym do domu wracał :)) Z Cieszyna ruszamy czeską stroną, przez Trzyniec do Vendryni. Następnie bokami do podjazdu pod Ostry. No i zaczęło się. Jazda asfaltem, podjazd ciężki, ale do przejechania, z asfaltu zjeżdżamy na szutrówkę, nadal jakoś ( z bólem ) daję radę. Dla mnie ta góra była naprawdę ciężka i ciągła się niemiłosiernie. Tym bardziej po dotarciu na miejsce jestem szczęśliwy, że dotarłem i miałem wielką nadzieję, że teraz już będzie troszkę łatwiej. Jak się okazało jeszcze kilka razy miałem być szczęśliwy łudząc się nadzieją, że teraz będzie łatwiej, ale po kolei. Po krótkim postoju na Ostrym, ruszamy dalej. Chwila radosnej jazdy po płaskim i z górki, zdarzył się też ostry zjazd po "telewizorach" ( Marek87 tak nazywa "drobne" kamyczki na trasie :D ) W tym miejscu koniec sielanki. Zaczęła się błotna odyseja. Trasa wiodła w dół i w górę i w dół ... Byłoby super, gdyby nie fakt, że błoto sięgało do połowy koła, a mnie dodatkowo stresowało SPD. Raz jechałem w zapięciach, za chwilę asekuracyjnie się wypinałem, aby na łatwiejszych odcinkach ponownie się wpiąć. Szczerze się przyznam, że na tej "błotnej autostradzie" dostałem w dupę bardziej niż na poprzednich podjazdach. Jak skończyło się błoto, była chwila łatwiejszej jazdy, ale byłem już bardzo zmęczony. Pod pretekstem robienia zdjęć, zatrzymywałem się na krótkie odpoczynki. Andrzej wykazał się mega cierpliwością i czekał na mnie za każdym razem bez słowa sprzeciwu. Zdarzyło się dwa razy, że nie odważyłem się zjechać na ostrych odcinkach z wielkimi kamieniami i podprowadzałem rower. W końcu dotarliśmy do nieczynnego schroniska na Ropiczce skąd już było przeważnie tylko z góry i po asfalcie. Przy zjeździe troszkę przypaliłem klocki :)) Zjechaliśmy do Komorni Lhotki i ruszyliśmy w stronę Cieszyna. Dopóki jechaliśmy razem prowadząc przyjemną konwersację wszystko było ok, jednak jak już Andrzej pojechał w stronę swojego domu, a ja ruszyłem do siebie zmęczenie dopadło mnie z siłą 5 kilogramowego młota. Jeszcze nigdy 10 km nie było takie długie. Dojechałem do domu i najzwyczajniej w świecie miałem mdłości ze zmęczenie. muszę jednak stwierdzić, ze satysfakcja z przejechania opisanej trasy oraz widoki jakie nas na niej zastały, z nawiązką rekompensuję wszelkie niewygody. Andrzejku serdeczne DZIĘKI. Było bosko!!!
Jak widać powyżej zdarzały się też niespodzianki. Kilkadziesiąt metrów noszenia rowerów z powodu powalonych drzew. W końcu w domku.
Komentarze (3)
Z Andrzejem, jego nawigowaniem i znajomością tras nigdy nie zabłądzisz ;). To, co przejechaliście jest wybornym klasycznym szlakiem rowerowym w naszej okolicy. Widzę, że błota faktycznie nie zabrakło. I uwierz mi... nie ma tam telewizorni. Heh... Tak przy okazji to zgapiłem to określenie od wyjadaczy z bielskiej grupy bbRiderZ (jak by co to bbriderz.pl - ale nic się tam nie dzieje). Mowa w tym miejscu o naszych polskich górach, które w znacznej mierze są bezlitosne dla ludzi jeżdżących rekreacyjnie po górach (takich jak my). Bądźmy szczerzy ale czegoś takiego, co mają nasi sąsiedzi w górach nie uświadczysz. W Czechach po prostu nie ma kamienistej "oraczki" ;). Ale i ona czasem staje się wyzwaniem dla którego warto jednak potłuc się po naszych najbliższych Beskidach (Śląski/Żywieci/Mały). Również jest bardzo ok ;). Kończąc dodam, że mam podobne odczucia co Ty. Niejednokrotnie po zarżnięciu się na rowerze w polskich górach, w stanach gdy nogi trzęsą mi się jak galareta po powrocie do domu dochodzę do wniosku, że jednak warto było... To jest jak narkotyk. Chcesz znowu! I teraz porównaj jazdę po asfalcie, gdzie te 76km wyglądałyby ot tak sobie. A w górach? 40km jedziesz cztery godziny i jest moim zdaniem jest o wiele ciekawiej ;). Bardzo fajnie spędzona niedziela! Gites!
Chyba? Pewnie, że było warto!!! Jeszcze godzinkę temu pewnie bym się zawahał, ale ( już odpocząłem ) teraz już z całym przekonaniem mogę powiedzieć : NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ NASTĘPNEGO RAZU!!! Dzięki za wspaniałą wyprawę!